• TAB - Kolejny element
  • SHIFT + TAB - Poprzedni element
  • SHIFT + ALT + F - Wyszukiwarka
  • SHIFT + ALT + H - Strona główna
  • SHIFT + ALT + M - Zawartość strony
  • SHIFT + ALT + 1 do 2 - Wybór menu
  • ESC - Anulowanie podpowiedzi

Aktorski sukces trzebniczanina

Pochodzący z Marcinowa pod Trzebnicą Tomasz Kowalski w 2012 roku odniósł pierwszy, ogromny sukces – wygrał program Must Be The Music. Niecałe 2 lata później sięga po coś więcej, niż tylko muzy­ka. Dostaje główną rolę w spekta­klu „Skazany na bluesa” w Teatrze Śląskim w Katowicach. Wciela się w postać Ryszarda Riedla, wokali­sty grupy Dżem. Spektakl jest ska­zany na sukces.

 Zawsze unikałeś porównań do Ryśka Riedla, nie chciałeś, by tak na Ciebie mówiono. Jednak te­raz, po niezwykłej roli w spekta­klu, gdzie wcielasz się właśnie w tę postać, trudno będzie się od tej etykietki odciąć. Nie tylko ze względu na Twój głos, ale rów­nież charakterystyczny wygląd. Nie przeszkadza Ci to?

No tak, teraz już na pewno przylgnęła do mnie na stałe etykietka „Rysiek”, ale patrząc na to, co dzieje się w spektaklu, na ogromne zainteresowanie nim, przekonuję się, że ludzie wciąż chło­ną taką muzykę - i to daje mi wiarę, że wcale nie trzeba iść komercyjną drogą, że blues rock wciąż cieszy się masą zwolenników i warto dla nich tworzyć. Być może przełoży się to na mój rozwój muzyczny. General­nie w całym spektaklu nie udaję ani nie naśladuję Ryśka, ponieważ go nie znałem. Dżem znam jedynie z kaset i płyt. Wszystkie sceny gram po swojemu. Ani razu też nie stara­łem się grać tak, jak np. Tomasz Kot w filmie („Skazany na bluesa”, reż. Jan Kidawa– Błoński – przyp. red.). Śpiewam również po swojemu, a że ludzie czasami odnajdują w tym coś z Ryśka, jest bez wątpienia jedy­nie komplementem.

Obawiałeś się też ortodoksyj­nych fanów Dżemu. Jak oni re­agują na to, co robisz?

Ciężko powiedzieć, jednak chyba cieszą się, że ludzie chcą pamiętać o Ryśku i dlatego powstają przedsię­wzięcia, podobne temu w Teatrze Śląskim. Patrzę po twarzach ludzi - jedni w skupieniu i milczeniu oglą­dają spektakl, inni śpiewają razem ze mną, jeszcze inni płaczą. Re­akcje obecnych na sali pod koniec spektaklu są piękne - cały teatr stoi, klaszcze i domaga się bisów. Było też paru członków najstarszego fanklubu Dżemu, tacy starsi pano­wie z długimi brodami, i widziałem łzy w ich oczach, także już niczego się nie obawiam. Spektakl będzie gościł na deskach teatralnych jesz­cze nie raz i pewnie różne będą te reakcje, jednak póki co więcej, jest pozytywnych.

W jednym z wywiadów mówiłeś, że sam walczysz z emocjami na scenie. Ryszard Riedel to kulto­wa postać, szczególnie na Śląsku otoczona wielką czcią. Co czu­jesz, gdy grasz?

Wszyscy wiemy, jakie są teksty Dżemu. Każdy człowiek może znaleźć ich odzwierciedlenie we własnym życiu i niektóre napraw­dę przypominają fragmenty z życia każdego z nas. Są momenty, kiedy trzeba wyśpiewać najtrudniejsze emocje, a gdy człowiek sobie przy­pomni to i owo z własnego życia, to bywa ciężko. Takim kulminacyj­nym momentem jest „List do M.”, który sam w sobie jest przepełnio­ny żalem i tęsknotą - emocjami, które okrutnie poruszają serce. Powoli jakoś to ogarniam, bo to już któryś spektakl z kolei, ale też do końca z tym nie walczę, bo przekaz powinien być prawdziwy.

Pamiętam jedno z Twoich wy­konań tego utworu w dawnej Famie, już wtedy zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Niesamo­wite jest to, że w ciągu zaledwie kilku lat z takiego śpiewania dla grona znajomych Twoja muzycz­na kariera tak pięknie się rozwi­nęła.

To samo sobie myślę. To niesamo­wite, że dane mi było tak wyko­rzystać ten czas. Niektórzy walczą o coś takiego całe życie, a mnie się udało to tak szybko.

Jesteś też chyba pierwszym lau­reatem talent show, którego ka­riera muzyczna łączy się z formą teatralną. To sprawa dość bez­precedensowa, prawda?

Być może inni tego nie szukają. Każdy inaczej korzysta z tego, co daje udział w takim programie. Ja przypuszczam, że nawet gdybym nie brał udziału w Must Be The Music, to i tak prędzej czy później trafiłbym do teatru, gdyż zawsze mnie fascynował.

A jak właściwie dowiedziałeś się o castingu?

Wujek, aktor z Torunia dał mi cynk, że jest casting do spektaklu. Cała historia jest dość ciekawa - splot zupełnych przypadków. Arek Jakubik (reżyser – przyp. red.) na­wet nie wiedział, że brałem udział w Must Be The Music. Oni, ludzie teatru, kompletnie nie oglądają takich rzeczy. Kiedy nie udało im się nikogo wybrać na pierwszym castingu, Arek razem z dyrekto­rem teatru Robertem Talarczykiem byli załamani. Ktoś przypomniał im wtedy, że ja wysyłałem maila w sprawie castingu, na którym nie mogłem się pojawić w wyznaczo­nym terminie. Pierwsza reakcja była mniej więcej taka: „trudno, ma pecha”, jednak odpalili moją „Modlitwę III” na youtube. Ponoć opadły im szczęki. Stwierdzili: „to jest ten gość”. Postanowili dać mi szansę pokazania swoich sił w dru­giej turze castingowej. Tam byli naprawdę różni ludzie - wokaliści, zawodowcy, tkwiący w tym od lat, a ja kompletnie bez przygotowania, bez doświadczenia… dostałem to.

Twój ojciec jest charakterystycz­ną i dość znaną postacią w Trzeb­nicy i w okolicach. Od lat prowa­dzi Małe Muzeum Ludowe, a Ty wyrastałeś w tym środowisku, otoczony różnymi symboliczny­mi przedmiotami i szeroko poję­tą sztuką.

Tak, ciężko przy takim człowieku wyrosnąć na kogoś nie związanego zupełnie ze sztuką.

Jakie obawy, a jakie nadzieje Ci towarzyszyły, związane ze spek­taklem?

Nie miałem ani żadnych obaw, ani żadnych nadziei. Jeżeli chodzi o stronę muzyczną, to odseparo­wałem FBB od spektaklu. Miałem wewnętrzny spokój, jakbym przeczuwał, że bę­dzie dobrze. Teraz widzę, że owo­cuje to różnymi znajomościami, otwierają się różne drzwi.

W jednej z ostatnich scen z Two­ich ust padają piękne, mądre sło­wa. „Kto nie marzy – umiera”. Ma­rzyłeś kiedyś o takim sukcesie? O takiej roli?

Na razie sukces nie przekłada się na jakąkolwiek rozpoznawalność. Jak dotąd przydarzyło mi się to raz, gdy wracałem z Katowic. Ktoś mnie rozpoznał i zaklepał mi miejsce w autobusie, bo kolejka była ogromna (śmiech). Wiadomo - marzyłem, żeby zawiązał się jakiś zespół, stały skład. Marzyłem o fanach, wielkiej scenie, koncertach, trasach, a o teatrze – kiedyś, jakieś skromne myśli się pojawiały, szczególnie gdy oglądałem na deskach teatru mo­jego wujka czy ciocię. A teraz, pro­szę - sam gram. Marzyć trzeba, ale przede wszystkim wcielać w życie te marzenia. Siedzenie w domu nic człowiekowi nie daje, zawsze trzeba wyjść do ludzi.

Przypominając tekst ”Skazanego na bluesa”, ilu jeszcze jest takich on? Jak Rysiek?

Jest wielu ludzi bardzo utalentowa­nych, ale taka droga, jaką przeszedł Rysiek, jest dla nielicznych. Nie wszyscy mogą być ikonami. Choć mogło być wielu zdolniejszych od Ryśka, czy od Niemena, to jednak tak w życiu jest, że nie każdy ma szansę zostać kimś na miarę tych dwóch artystów.

Jak wyglądają Twoje bliższe i dal­sze plany muzyczne?

Na pewno płyta, a nawet płyty z FBB, tak szybko, jak to tylko moż­liwe, ponieważ materiał już jest. Trochę zweryfikowaliśmy nasze plany, raczej zostaniemy przy blu­es-rockowej konwencji. No i zostają spektakle. Pojawiła się propozycja wystawienia „Skazanego…” pod­czas tegorocznego Festiwalu im. Ryśka Riedla w Chorzowie. To bę­dzie niesamowite przedsięwzięcie - zagrać ten spektakl dla kilkanastu tysięcy ludzi!

Rozmawiała Patrycja Król

źródło: Panorama Trzebnicka Nr 6 (49)/2014


Brak opisu obrazka
Tomasz Kowalski w roli Ryśka Riedla

Brak opisu obrazka
Gmina Trzebnica wspiera finansowo i promocyjnie trzebnickiego artystę - Tomka Kowalskiego z zespołem w rozwoju kariery muzycznej. Na zdjęciu - burmistrz Marek Długozima gratuluje Tomkowi świetnego występu przed trzebnicką publicznością podczas ubiegłorocznego Święta Sadów oraz wręcza symboliczny czek na wsparcie finansowe powstającej płyty.

Wersja XML

Gmina Trzebnica
ul. pl. Marszałka J. Piłsudskiego 1
55-100 Trzebnica
tel. 71 312 06 11
fax 71 312 12 48
e-mail:
Statystyka wizyt:
ogółem: 7715705
w tym miesiącu: 121128
dzisiaj: 5297